Remontuję mieszkanie. Nie dlatego, że lubię. Po prostu pękła rura u sąsiada z góry i zalało mi łazienkę. Ubezpieczyciel wypłacił jakieś grosze, a ja zostałem z gołymi ścianami, mokrym tynkiem i fachowcem, który bierze siedem dyszek za dzień roboty. Mówią, że remont to przygoda. Gówno prawda. Remont to studnia bez dna, a ja akurat mam płytki portfel.
Był piątek, godzina 22. Siedziałem w salonie na materacu, bo kanapa pojechała do piwnicy. Wokół walają się kable, puszki po gipsie i stary gruz w reklamówkach. Nawet nie mam gdzie postawić piwa, żeby się nie przewróciło. Telefon naładowany do pełna, ale co z tego? Znajomi na mieście, dziewczyna śpi u mamy, bo nie znosi pyłu. A ja myślę, jak ogarnąć kolejną wpłatę dla ekipy remontowej
Przewijałem Facebooka. Bez sensu. Wszedłem na jakieś forum budowlane, ale tam same narzekania. W końcu, nie wiem czemu, wpisałem w wyszukiwarkę coś luźnego związanego z dodatkowym hajsem. Wyskoczyło mi parę linków. Jeden przykuł uwagę – ludzie pisali o tym, że w wolnej chwili wkręcili się w vavada aplikacja i nie żałują. Jeden komentarz: “Siedziałem na budowie, czekałem na beton, a obudziłem się z czterema tysiącami”. Brzmiało jak ściema, ale w mojej sytuacji każda ściema była warta sprawdzenia.
Zainstalowałem aplikację. Poszło szybko – ściągnęła się w minutę, nawet na tym starym Wi-Fi, które ledwo zipie. Interfejs był prosty, bez krzykliwych banerów. Zarejestrowałem się, podałem dane. Nie miałem ochoty od razu wpłacać własnych pieniędzy, ale bonus powitalny był na tyle kuszący, że stwierdziłem – dobra, stówka w plecy, a sprawdzę.
Wrzuciłem przelew. Stówka. Kwota, którą i tak bym wydał w sobotę na głupoty – na piwo, kebaba, jakieś głupie zakupy w Biedronce. Wybrałem automat. Jakiś prosty, z diamentami i siódemkami. Zero skomplikowanych zasad, żadnych bonusowych poziomów. Kręcisz i patrzysz.
Na początku grało się fajnie. Małe wygrane, małe przegrane. Byłem na zero mniej więcej. Potem podkręciłem stawkę. Nie dlatego, że chciwość – po prostu chciałem szybciej zobaczyć, czy to ma sens. I wtedy trafiłem. Trzy diamenty. Potem cztery. Ekran eksplodował kolorami, a saldo zaczęło rosnąć w oczach. Najpierw 200, potem 500, potem 800.
Nie wierzyłem. Odświeżyłem stronę – aplikacja dalej pokazywała to samo. 1200 złotych. Siedziałem na tym materacu, w kurzu, z młotkiem obok poduszki, i patrzyłem w telefon. Za chwilę miałem płacić ekipie za tydzień roboty. Za chwilę miałem kupować płytki. I nagle, z głupiego wieczoru, z nudy, z deski sedesowej leżącej w kącie, pojawiła się kasa, która ratowała mi tyłek.
Wypłaciłem od razu. Transfer poszedł w minutę. Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłem do majstra. “Mogę wpłacić zaliczkę za następny tydzień” – powiedziałem. Był zaskoczony, bo wcześniej zwlekałem z hajsem. Nie tłumaczyłem skąd. To nie jego sprawa.
Przez weekend chodziłem jak na haju. Normalnie remont to była udręka – każda wizyta w sklepie budowlanym bolała. A tu nagle miałem bufor. Kupiłem lepsze płytki niż planowałem. Do tego nową umywalkę, bo stara i tak była rysowana. Nawet wkrętarkę nową sobie sprawiłem – starą zajumał szwagier i nie oddał.
Oczywiście, w niedzielę wieczorem pomyślałem: “A może jeszcze raz?”. Włączyłem vavada aplikacja, przewróciłem się na materacu. Wrzuciłem drugą stówkę. I przegrałem. W pół godziny. Nic. Zero bonusów, zero emocji. Zamknąłem i poszedłem spać. I wiesz co? Nie bolało. Bo ta pierwsza wygrana – ta z piątkowego wieczoru, z remontowego bałaganu, z młotkiem w zasięgu wzroku – była jak wygrany los w totka. Nie ma sensu liczyć na drugi.
Od tamtej pty odinstalowałem aplikację. Nie dlatego, że jest zła. Po prostu wiem, że szczęście lubi wracać, ale nie gdy się go zmusza. Moją historię pamiętam do dziś. Każdego ranka, gdy myję ręce w nowej umywalce, patrzę na płytki i myślę: “Te płytki są z tych pieniędzy. Z tych, które przyszły znikąd, w środku remontowego koszmaru”. Czasem los daje ci kopa w dupę. A czasem daje ci nową wkrętarkę. Trzeba tylko być w odpowiednim miejscu, w odpowiednim momencie. I nie bać się zainstalować czegoś, co może okazać się strzałem w dziesiątkę.